Subskrybuj

Żołnierz strzelił do uchodźcy. Rekonstrukcja zdarzenia

368

Luty 2026 roku, Sąd Garnizonowy w Warszawie

– Chciałbym pana zapytać o przebieg tego zdarzenia. Czy pan poczuwa się…? – na korytarzu sądowym próbowałem pytać Adama Ł., żołnierza, który strzelił do uchodźcy w plecy.

– Nie udzielam proszę pana żadnych informacji – padła odpowiedź.

– Co by pan chciał przekazać Syryjczykowi? – nie dawałem za wygraną i, idąc za odwróconym ode mnie żołnierzem, stawiałem kolejne pytania: – Panie oskarżony, czy chciałby pan coś przekazać Syryjczykowi, którego trafił pan w plecy? Jak mógł pan trafić go w plecy, potykając się? Pan w niego miał wycelowany karabin.

W tym momencie żołnierz zamknął się w toalecie.

Ludzie wiedzieli, ale bali się mówić

– Żołnierz strzelił do uchodźcy. Ludzie wiedzą, ale nikt o tym nie chce mówić – tak mieszkanka pogranicza zaalarmowała mnie o dramacie 22-letniego Syryjczyka.

Szybko zweryfikowałem tę informację w kilku innych źródłach i 4 listopada 2023 roku, dzień po zdarzeniu, w tym wpisie poinformowałem o sprawie moich czytelników:

„Syryjczyk postrzelony przez polskie służby znajduje się w szpitalu w Hajnówce. Funkcjonariusz strzelił mu w plecy. Kula tkwi wciąż w kręgosłupie uchodźcy. Sprawa nie trafiła do policji, tylko została przekazana żandarmerii wojskowej.

Aktualizacja: Dzień po ujawnieniu przeze mnie tej informacji prokuratura potwierdziła, że żołnierz postrzelił Syryjczyka. Od razu dodała, że miało dojść do nieszczęśliwego wypadku, bo wojskowy miał się potknąć i wtedy padł strzał. Podkreślam, że to jest wersja sprawcy, który obierając taką linię obrony, stara się uniknąć kary. Grozi mu nawet więzienie”.

Tak brzmiał mój post, który opublikowałem ponad dwa lata temu. Po tej publikacji sprawą zainteresowały się media, m.in. Onet. Wówczas pisała o tym dziennikarka Martyna Bielska. Pochyliła się nad tematem, opisując nie tylko wersję służb, ale również postrzelonego Syryjczyka. Martyna Bielska zebrała wypowiedzi m.in. pracowników szpitala.

„Gdyby kula nie zatrzymała się na kręgosłupie, ale przeszła centymetr głębiej, ten człowiek zmarłby z wykrwawienia” – mówili wówczas dla Onetu lekarze.

Martyna Bielska już w Onecie nie pracuje. A po jej odejściu redakcja o temacie pisze w zupełnie innym tonie.

Medialna zmiana narracji

Ponad dwa lata od tego zdarzenia, na łamach tego samego portalu, o sprawie przypomniał sobie duet dziennikarski: Marcin Wyrwał i Edyta Żemła. Napisali o tym artykuł. Kiedy? Na tydzień przed rozprawą w procesie karnym, w którym ofiara domaga się od sprawcy 50 tys. zł odszkodowania. Jednak wyrok jeszcze nie zapadł i proces nadal trwa.

Czy moment publikacji tego artykułu był przypadkowy, podobnie jak jego treść?

– I zgadnijcie, szanowni państwo, kto dostał w tej sprawie zarzuty, a kto dostał ochronę prawną – grzmiał Marcin Wyrwał w podcaście Onetu.

Para z Onetu była oburzona tym, że żołnierz dostał zarzuty karne, a postrzelony Syryjczyk domaga się od niego odszkodowania.

– W momencie postawienia mu zarzutów, czego nikt nie oczekiwał, wszyscy myśleli, że to idzie w normalną stronę – to zdanie również padło w podcaście pracowników Onetu.

Wyrwał i Żemła nie kryli swojej niechęci do ofiary. W samym tytule swojego artykułu użyli dehumanizującego określenia „nielegalny migrant”. Tak napisali o syryjskim uchodźcy, który przed wojną uciekł do Europy. Później powtórzyli to w swoim programie.

W prywatnym wpisie na portalu X, jak to się mówi w żargonie dziennikarskim, Wyrwał podkręcał temat i zwracał uwagę na to, że po artykule Onetu Mariusz Błaszczak i Władysław Kosiniak-Kamysz stanęli po stronie żołnierza. Tak, tego samego, który strzelił w plecy bezbronnego uchodźcy.

Podobnie jak Wyrwał i Żemła, tak i Jacek Tacik z Faktów TVN bez żadnych wątpliwości przedstawił wersję korzystną dla żołnierza jako fakt:

– Padły strzały ostrzegawcze. Kolejny, gdy podporucznik L. przewrócił się i upadł na ziemię. Kula trafiła w kręgosłup obywatela Syrii.

Dziennikarze uwierzyli, że żołnierz przypadkowo trafił uchodźcę w plecy. I taką wersję poznali Polacy: czytelnicy Onetu i widzowie Faktów. Za nimi tę narrację powtórzyły kolejne media.

Dlaczego te redakcje nie dochowały rzetelności dziennikarskiej i dały wiarę tylko jednej stronie – sprawcy, uderzając przy okazji w wiarygodność ofiary? Czy polskie media chcą, by na pograniczu polsko-białoruskim żołnierze bezkarnie strzelali do uchodźców i migrantów?

Zaczęło się od słów

– Ten żołnierz po prostu wykonywał rozkaz – tłumaczy sprawcę Wyrwał.

Zanim dokładnie przeanalizuję ustalenia w sprawie postrzelonego Syryjczyka, przyjrzyjmy się, jaki przekaz trafia do żołnierzy wysyłanych na pogranicze polsko-białoruskie.

Taki Jarosław Wolski, ekspert od wojskowości, były już pracownik Kanału Zero, opublikował wideo z pogranicza, ukazujące sytuację z udziałem migranta i żołnierza. Wolski nie krył radości z tego, że cudzoziemiec, który stał po drugiej stronie płotu, został postrzelony gumową kulą przez polskiego mundurowego. Oczekiwał nawet nagrody dla sprawcy.

Podobnie do strzelania do migrantów i uchodźców zachęcał lider Konfederacji, Sławomir Mentzen. To fragment jego przemówienia, którym inaugurował swoją prezydencką kampanię wyborczą:

– Jeżeli ktoś nielegalnie będzie chciał forsować granicę państwa polskiego, powinno się do niego po prostu strzelać.

Sala odpowiedziała mu brawami.

W Dubiczach Cerkiewnych, gdzie służył żołnierz, który strzelił do Syryjczyka, w prezydenckich wyborach najwięcej osób głosowało właśnie na Mentzena. Wśród nich – stacjonujący tam żołnierze. Przekaz lidera Konfederacji i mu podobnych padł na podatny grunt.

W komentarzach pod jednym z moich wpisów o wyrzuceniu uchodźcy do białoruskiego lasu zaroiło się od dehumanizujących opinii. Autorzy wielu z nich opowiadali się za strzelaniem do ludzi na pograniczu. I to temu elektoratowi próbowali przypodobać się politycy z obozu rządzącego.

– To bydło, które było ściągane po prostu po to, żeby forsować nasze granice – w studiu Polsat News mówił wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski.

– Mówimy tylko i wyłącznie o ograniczaniu czasowym, terytorialnym i proporcjonalnym prawa migrantów. Nie ograniczając w tym czasie praw Polaków, mieszkańców Polski – tak z kolei z mównicy sejmowej Maciej Duszczyk, ówczesny wiceminister MSWiA, tłumaczył zawieszenie prawa do azylu.

Rekonstrukcja zdarzeń

Wróćmy do wydarzeń z 3 listopada 2023 roku. Bo to tego dnia żołnierz postrzelił uchodźcę, a nie – jak błędnie podał Onet, a za nim TVN – 2 listopada 2023 roku.

Zdarzenie będę próbował zrekonstruować, biorąc pod uwagę nie tylko zeznania mundurowych, ale również pokrzywdzonego Syryjczyka.

Nikt nie ma nagrania wideo, na którym byłoby widać moment jego postrzelenia. Choć autorzy tekstu w Onecie twierdzą, że opisując ten temat, korzystali z takich dowodów.

– Ponieważ my ten artykuł, o którym mówimy, pisaliśmy, szanowni państwo, na dokumentach ze śledztwa, na materiałach filmowych, w których widzieliśmy po prostu, co się dzieje – wyjaśniał Marcin Wyrwał.

Takich materiałów wideo według prawników pokrzywdzonego nikt nie przedstawił w sądzie. Uważam, że o rzekomych nagraniach wideo autorzy Onetu wspominają tylko po to, by uwiarygodnić swój artykuł. Bo tak naprawdę wszystko opiera się na słownych relacjach świadków.

Historia zaczyna się od nielegalnego przejścia przez granicę kilkuosobowej grupy cudzoziemców. Straż Graniczna z Dubicz Cerkiewnych wiedziała o tym i wspólnie z żołnierzami przygotowała obławę na migrantów i uchodźców niedaleko wsi Topiło, około 3 kilometrów w prostej linii od granicy z Białorusią.

Wspólnie z żołnierzami strażnicy rozstawili się na jednej z dróg prowadzących do wsi. To relacja innego żołnierza, który brał udział w akcji. Podczas rozprawy cytował ją sędzia:

„Stałem na drodze równoległej do granicy polsko-białoruskiej. Po mojej lewej stronie w odległości 150 metrów stał podporucznik Adam Ł. W tym czasie usłyszałem około 20–30 strzałów.”

 

Ile było strzałów?

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Świadek, którego zeznania przeczytał sędzia, powiedział, że słyszał kilkadziesiąt strzałów. Kilku strażników granicznych, którzy brali udział w tej akcji, zeznawało inaczej. Mówili, że albo w ogóle nie słyszeli strzałów, albo o jednym lub o dwóch. Tylko żołnierze mówią, że strzałów było więcej.

Wyrwał i Żemła zaznaczają, że strzałów mogło być trzydzieści. Ale przemilczają to, że zeznania mundurowych różniły się od siebie. Czy zrobili to celowo, by nie podważać wiarygodności strażników i żołnierzy?

Przypomnijmy teraz, jak tuż po zdarzeniu w sprawie postrzelenia Syryjczyka zareagowało Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych. To odpowiedź, jaką przedstawiciele polskiej armii udzielili „Gazecie Wyborczej”.

Trzy dni po postrzeleniu Syryjczyka, bez śledztwa, bez ekspertyz biegłych, zwierzchnicy polskiego wojska już wiedzieli, że – cytuję – „Po oddaniu strzału alarmowego w wyniku rykoszetu pocisku ranny został jeden z migrantów”.

Rzecznik Żandarmerii Wojskowej również przekonywał „Gazetę Wyborczą”, że to był nieszczęśliwy wypadek. Żołnierz nie oddał celowo strzału, strzał padł nieumyślnie.

Ukryte fakty i kłamstwa

Zwróćcie uwagę, że po pierwsze, służby ukrywały to zdarzenie, bo same o tym nie poinformowały społeczeństwa. Zrobiły to dopiero, podobnie jak media, po mojej publikacji.

Gdy sprawa wyszła na jaw, zarówno Dowództwo Generalne, jak i Żandarmeria Wojskowa mówiły tylko o jednym przypadkowym strzale spowodowanym potknięciem. O rykoszecie, którego – jak później orzekli biegli – nie było.

Nic o około trzydziestu strzałach, które padły podczas tej akcji pościgowej. Nic o faktycznej liczbie pocisków wystrzelonych z broni sprawcy, Adama Ł. A tych w sumie było trzy, co potwierdziły późniejsze badania.

Uwaga, o identycznej liczbie strzałów mówił Syryjczyk. Już przy pierwszym przesłuchaniu powiedział dokładnie o czterech strzałach oddanych tuż po sobie w miejscu, gdzie został sam trafiony – i nie pomylił się. To był inny żołnierz, zatrzymując kolejnego cudzoziemca.

W miejscu, gdzie strzelał Adam Ł., śledczy zabezpieczyli trzy łuski.

Myślicie, że Wyrwał i Żemła odnotowali to, że Syryjczyk zgodnie z ustaleniami śledczych zapamiętał, ile strzałów oddano w chwili, gdy został trafiony? Nie.

W tym miejscu muszę nazwać sprawę po imieniu: duet z Onetu okłamał swoich czytelników. Wyrwał z Żemłą napisali, że Syryjczyk w zeznaniach mówił o jednym strzale żołnierza – tym, którym go trafił.

Pracownicy Onetu od razu zestawili to z analizą balistyczną, według której Adam Ł. strzelił trzykrotnie. Po przeczytaniu tego czytelnik Onetu już wie, że nie może wierzyć żadnym relacjom Syryjczyka, choć ten zeznał zgodnie z tym, co później potwierdzili biegli.

Co jeszcze ukryli przed czytelnikami Onetu Wyrwał i Żemła?

Główny opis postrzelenia Syryjczyka zamknęli w czterech zdaniach. 

Wyrwał z Żemłą przedstawili dokładnie taką samą wersję, jaką trzy dni po zdarzeniu przekazało Dowództwo Generalne i rzecznik Żandarmerii Wojskowej.

Onet opisał zdarzenie tylko z perspektywy żołnierza, który, “(…) biegnąc przez las, potyka się i upada na ziemię. Jego pistolet wypala w niekontrolowany sposób. Pocisk trafia w jeden z kręgów kręgosłupa 22-letniego obywatela Syrii. Mężczyzna przewraca się.”

Na marginesie, duetowi z Onetu nie przechodzi przez klawiaturę nazwanie obywatela Syrii uchodźcą.

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Na pogłębioną relację Onetu opisującą moment postrzelenia nie ma co liczyć. Fakty TVN też uznały za prawdziwą wersję korzystną dla żołnierza.

Nic o faktycznej relacji ofiary, nic o ustaleniach biegłych, które poddają w wątpliwość wersję sprawcy. A przecież takich wątpliwości ekspertów, jak skłamał Wyrwał, miało nie być.

– Biegli wydali ekspertyzy. Wszystkie one przemawiają na korzyść żołnierza – mówił Wyrwał.

Powtórzę: to, co powiedział Marcin Wyrwał, to nieprawda. Nie wszystkie opinie biegłych były korzystne dla sprawcy. Dla żadnego z nich sprawa nie była czarno-biała.

Opinie biegłych i relacja ofiary

Zacznijmy od ekspertów, którzy na zlecenie sądu próbowali odtworzyć zdarzenie. Mieli utrudnione zadanie, bo żołnierz nie potrafił wskazać miejsca, w którym – jak twierdził – przewrócił się. Nie udowodniono po śladach na miejscu zdarzenia, że w ogóle doszło do upadku.

Dlatego biegły nie mógł precyzyjnie określić położenia broni w chwili strzału. Za to uznał, wbrew wcześniejszym twierdzeniom Dowództwa Generalnego, że nie było rykoszetu. Pocisk wystrzelony przez Adama Ł. trafił bezpośrednio w Syryjczyka.

Dokładne określenie toru lotu pocisku nie było możliwe z uwagi na liczne przeszkody. Specjalista badający sprawę na zlecenie sądu stwierdził, że strzał do Syryjczyka mógł być oddany z odległości pięćdziesięciu metrów.

Dlaczego kula nie przeszyła jego ciała, tylko utknęła w kręgu? Biegły wytłumaczył to niską jakością amunicji, której użył żołnierz. To mogło uratować życie Syryjczykowi.

Po pierwszym strzale Adam Ł. miał przeładować broń, przebiec około dwudziestu pięciu metrów i oddać kolejne dwa strzały. To wnioski biegłego.

Co zeznał człowiek, którego dosięgła kula żołnierza, a o czym dziwnym trafem znowu zapomnieli wspomnieć Wyrwał z Żemłą?

Sześć dni po postrzeleniu Syryjczyk został przesłuchany. Był wyczerpany, choć Onet stwierdził, że znajdował się w wystarczająco dobrym stanie, by zeznawać. Po pół godzinie przesłuchania poszkodowany poprosił o pierwszą przerwę ze względu na zmęczenie i ból.

Według jego relacji żołnierz zaczaił się w krzakach. Grupa cudzoziemców doszła do niego na odległość około dwudziestu metrów. Gdy Adam Ł. zobaczył cudzoziemców, krzyknął coś, czego uchodźca nie zrozumiał.

Za to Wyrwał i Żemłą są przekonani, że żołnierz zgodnie z procedurami krzyknął najpierw po polsku „Wojsko Polskie, stop”, a potem po angielsku „Polish Army, stop”. Sęk w tym, że żaden ze świadków nie potwierdził tej wersji. Kilku z nich powiedziało, że w ogóle nie słyszało nic poza strzałami.

Inny żołnierz, który był najbliżej Adama Ł., zeznał przed sądem, że padło samo „stop”. Kolejny mundurowy, że sprawca krzyknął po polsku „stój”, nic więcej. Później dopytywany dodał, że jeszcze usłyszał również po polsku „zatrzymaj się”.

Skąd zatem pracownicy Onetu mieli pewność, że do Syryjczyka krzyczał po angielsku? Bo za wszelką cenę i wbrew ustaleniom chcieli obronić sprawcę.

– Nie można takiego żołnierza karać, a jednak udało się temu żołnierzowi postawić zarzuty – Wyrwał nie krył rozgoryczenia.

Syryjczyk przed sądem powiedział, że to, co krzyczał do niego Adam Ł., brzmiało bardziej jak „hej”, a poza tym wydawał – jak to określił – niezrozumiałe dla niego „dzikie okrzyki”. Tyle.

Wracamy do zdarzenia. Syryjczyk, który był na końcu grupy, odwrócił się i próbował uciekać. Bał się. Wcześniej widział, jak Białorusini pobili jego kolegę.

Nie atakował żołnierza. Wbrew temu, co opublikował Onet, nie szedł na niego, a uciekał w przeciwnym kierunku. Nie miał przy sobie żadnych niebezpiecznych narzędzi. Jak się później okazało, oprócz dokumentów miał przy sobie suszone daktyle, cukierki, zegarek i skarpety. A mimo to, około pięć sekund od krzyknięcia w stronę uchodźców, żołnierz strzelił Syryjczykowi w plecy.

Przez te pięć sekund uchodźca zdążył odbiec na kilka metrów. Postrzelony upadł. Stracił czucie w nogach, co potwierdzają późniejsze badania lekarskie.

Mężczyzna zeznał, że pierwszy strzał był wymierzony w niego. Chwilę później usłyszał trzy kolejne strzały. Już wiemy, że oprócz Adama Ł. strzelał jeszcze drugi żołnierz. Według dalszej relacji uchodźcy sprawca dobiegł do niego i wydawał dzikie okrzyki, których Syryjczyk nie rozumiał.

Później, jak zeznał pokrzywdzony, Adam Ł. miał coś mówić przez krótkofalówkę. I to jest spójne z zeznaniami żołnierzy, którzy przyznali, że sprawca właśnie przez krótkofalówkę informował o tym, że jest potrzebny medyk.

Na wyraźne pytanie śledczych, czy stracił przytomność, Syryjczyk odpowiedział, że nie. Poczuł zawroty głowy, ale nie stracił przytomności. Dopiero w karetce poczuł się gorzej i zeznał, że faktycznie tracił, a nie stracił przytomność. Wyrwał z Żemłą, według własnej interpretacji, nazwali to omdleniem. I zasadzili się na ten fragment zeznań uchodźcy, w którym mówił o utracie krwi. Syryjczyk, który nie widział swojej rany na plecach, nie wiedział, że kula nie uszkodziła ważnych naczyń krwionośnych i krwawienie było stosunkowo niewielkie. A mówiąc o zawrotach głowy, nie o utracie przytomności, powiedział, że powodem tego była utrata krwi. Jeden ze świadków, medyk, w rozmowie ze mną potwierdził, że ranny mógł tak zinterpretować w tamtym czasie swój stan zdrowia.

Za to Wyrwał z Żemłą triumfalnie wytknęli Syryjczykowi, że ten się pomylił. I to opisując ten moment, autorzy Onetu przyznali, że mają potwierdzające to nagranie wideo. Po raz kolejny uderzyli w wiarygodność ofiary.

Para z Onetu nie wspomina o kolejnej odpowiedzi Syryjczyka na pytanie, czy sprawca próbował udzielić mu pierwszej pomocy. Poszkodowany precyzyjnie powiedział, że nie. Że przez pierwsze pięć minut od postrzelenia zachowanie żołnierza było „dzikie”, co można interpretować jako paniczne, emocjonalne. Nawet sam Onet napisał o Adamie Ł., że ten w tamtym momencie był wstrząśnięty. Dopiero po pięciu minutach od postrzelenia, jak mówił uchodźca, jeden z dwóch obecnych na miejscu żołnierzy przyłożył mu coś do rany.

I to też jest zgodne z zeznaniami mundurowych. Ale o tym, że w wielu miejscach relacje ofiary pokrywają się z tym, co mówili żołnierze, czytelnicy Onetu się nie dowiedzą. Bo zniweczyłoby to misterny plan Wyrwała i Żemły, którzy ofiarę chcieli przedstawić w złym świetle. I przedstawili.

Kto płaci za prawników ofiary?

Jak się okazuje, w takim tonie napisali nie tylko o uchodźcy. Dostało się również prawnikom, a zwłaszcza bardziej rozpoznawalnemu medialnie Piotrowi Zemle.

– Obywatel Syrii otrzymał bardzo kompleksową pomoc prawną – informował Marcin Wyrwał. – Między innymi broni go znany adwokat, mecenas Piotr Zemła, wybrany jakiś czas temu na szefa Rady Nadzorczej Telewizji Polskiej w likwidacji. Mecenas, który pracuje za nienajmniejsze pieniądze.

Autorzy artykułu w Onecie zastanawiają się, kto i ile płaci – jak to nazywają – za tak „ekskluzywną obsługę prawną dla przybyszy zza białoruskiej granicy”. Kto w ogóle powiadomił prawników o sprawie? Ponieważ Wyrwał i Żemła nie dostali odpowiedzi, poprzestali na insynuacjach. Być może za wszystkim stoją aktywiści. Zwykła dziennikarska dokumentacja pozwoliłaby im ustalić, że radca prawny Jakub Ławniczak miał regularne prawnicze dyżury w białostockim ośrodku dla cudzoziemców, których często reprezentował, znał ich dramaty i po ludzku je przeżywał. Współpracował też z organizacjami humanitarnymi, o czym sam informowałem w grudniowym reportażu o innym ataku żołnierza na afgańskiego uchodźcę.

A wiadomość o postrzelonym Syryjczyku w środowisku pomocowym rozeszła się lotem błyskawicy. Bo tam, gdzie nie działa państwo, lukę wypełniają ludzie dobrej woli. I tak było w tym wypadku.

Wyrwał z Żemłą nie założyli jednego – że prawnicy mogą reprezentować Syryjczyka pro bono, czyli za darmo. Że w odruchu człowieczeństwa, nie chcąc zostawiać rannego uchodźcy samego w walce o sprawiedliwość, nie pobierają za to żadnego wynagrodzenia. To asom onetowego dziennikarstwa po prostu się nie spina. A taka jest prawda.

– Po to pracuję i zarabiam przy innych sprawach, by było mnie stać na darmową pomoc dla takich ludzi jak Syryjczyk – tłumaczył mi radca prawny Jakub Ławniczak.

Trzy strzały Adama Ł.

Teraz wróćmy do tych trzech kluczowych dla sprawy strzałów, które padły z broni Adama Ł. Przypominam, że według relacji uchodźcy został on trafiony pierwszym strzałem, a później padły kolejne.

Od samego początku w notatkach ze zdarzenia służby uznały wszystkie trzy strzały za strzały alarmowe, czyli takie, które nie były wycelowane w żadnego człowieka. Według jednego z dokumentów spisanego w dzień po postrzale, Adam Ł. najpierw dwukrotnie strzelił ostrzegawczo, a raz – potykając się – i ten ostatni strzał miał być tym celnym.

Jednak obrońca sprawcy przedstawiał już inną wersję: jeden strzał był alarmowy, a następnie wskutek niewyjaśnionych okoliczności doszło do kolejnych dwóch strzałów.

Adam Ł. przed sądem bronił się, mówiąc, że wykonywał rozkaz przełożonego i nikt nie wyjaśnił mu, jak ma się przemieszczać z bronią podczas pościgu.

W trakcie składania wyjaśnień biegli sądowi bez cienia wątpliwości stwierdzili, że w przypadku braku bezpośredniego zagrożenia broń żołnierza powinna być zabezpieczona. Brak zabezpieczenia jest naruszeniem zasad bezpieczeństwa i stanowić może przesłankę do wypadku.

Adam Ł. miał obowiązek zabezpieczenia broni po oddaniu pierwszego strzału – o ile przyjmiemy, że ten pierwszy był niewycelowanym w Syryjczyka – ale w przypadku czynności niezwiązanych ze strzelaniem powinien broń zabezpieczyć.

Jeden z biegłych przyznał, że pistolet PM-98, z którego strzelał żołnierz, nie był konstrukcyjnie zabezpieczony przed przypadkowym wystrzałem na skutek upadku. I ten fragment opinii biegłego jest kołem ratunkowym dla żołnierza, po które sięgają, by go bronić, Wyrwał z Żemłą. Jednak w ich artykule nie przeczytamy, że ten sam ekspert dodał, iż biegły nie sprawdził, czy dokładnie ten pistolet, z którego został trafiony Syryjczyk, poddany wstrząsom wypali samoczynnie bez pociągnięcia za spust. Takiego badania nie było, bo biegły nie chciał uszkodzić broni, która jest dowodem w sprawie.

(Nie)kontrolowany strzał?

Podczas rozprawy o podobne niekontrolowane strzały był pytany dowódca Adama Ł. Pytano go, czy słyszał o sytuacjach, w których na skutek upadku broń samoczynnie wypaliła. Odpowiedział, że słyszał o takich sytuacjach na ćwiczeniach, ale zazwyczaj wszystko kończyło się bezpiecznie, bo strzał padał w ziemię. Nie był jednak w stanie wskazać bezpośredniego przypadku ani wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje.

Podkreślmy – nikt przed sądem nie był w stanie wskazać konkretnego przypadku, kiedy to pistolet PM-98 pod wpływem wstrząsu sam wystrzelił i trafił człowieka.

Sprawdźmy teraz, kiedy żołnierz ma prawo do użycia broni według instrukcji, z którą mundurowi zapoznają się podczas służby na pograniczu:

„Broni palnej używa się jako środka ostatecznego, wyłącznie w sytuacji zagrożenia życia, zdrowia lub nienaruszalności granicy, po uprzednim wezwaniu i strzale ostrzegawczym.”

Jak już wiemy, postrzelony Syryjczyk był oddalony o kilka kilometrów od granicy. Nikogo nie atakował. Nie miał przy sobie niebezpiecznych przedmiotów. Jedyną jego winą było to, że ratując swoje życie jako uchodźca, nielegalnie przekroczył granicę Białorusi z Polską. Ostatecznie Urząd ds. Cudzoziemców przyznał mu międzynarodową ochronę.

Zarzuty i reakcja państwa

To nie aktywiści, a polskie służby – w tym Żandarmeria Wojskowa i prokuratura – po wnikliwym śledztwie uznały, że Adam Ł. popełnił przestępstwo. W maju ubiegłego roku żołnierz usłyszał zarzuty. Zdaniem prokuratury nie zachował ostrożności przy obchodzeniu się z bronią służbową, w wyniku czego oddał dwa niekontrolowane strzały. Za ten czyn grożą mu trzy lata więzienia.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie ostatecznie uznała, że doszło do przestępstwa, a jednocześnie postanowiła dać sprawcy szansę, wnioskując w sierpniu 2025 roku o warunkowe umorzenie postępowania na okres próby jednego roku i nawiązkę 2000 zł na rzecz Syryjczyka.

Pod naporem Onetu ugięli się politycy. Minister Kosiniak-Kamysz ugościł sprawcę w swoim gabinecie, zapewniając go o wsparciu. Pod presją medialną ugięła się również Prokuratura Generalna. Zastępca Prokuratora Generalnego, Tomasz Janeczek, chce chronić sprawcę i wprost powiedział Onetowi, że nie dopatruje się znamion przestępstwa. Uznał, że trafienie bezbronnego człowieka kulą w plecy nie jest przestępstwem.

Jednak proces karny nadal trwa, a o wszystkim zadecyduje sąd. Kolejna rozprawa odbędzie się w marcu tego roku.

Świadkowie, których nikt nie pytał

Na koniec wróćmy jeszcze do lasu, do grupy uchodźców, w której był postrzelony Syryjczyk. Wśród nich znajdował się 17-letni chłopak. Cudzoziemcy, w tym ten nastolatek, byli świadkami postrzelenia, jednak nikt ich nie przesłuchał. Wszystkich wyrzucono do białoruskiego lasu.

*

Śledztwo nie wyjaśniło sprawy kilkudziesięciu strzałów, o których mówili świadkowie.

Ponad tydzień po swoim artykule duet z Onetu napisał kolejny – o innym żołnierzu oskarżanym o gwałt na nastolatce. W tym wypadku Wyrwał i Żemła nie stanęli „murem za mundurem”, za którym stoją wtedy, gdy ofiarą jest uchodźca.