Nastoletnia uchodźczyni czterokrotnie wypychana z Terespola, aresztowana na Białorusi. Relacja Małgorzaty Rycharskiej
Na zdjęciu stoi bezradna, spłoszona. Opiera się o kulę. Bardzo chuda, bardzo młoda. W maju skończyła 17 lat. Uciekła z jednego z najgorszych krajów świata, z Erytrei. Była wypychana z przejścia w Terespolu cztery razy. Po kolei: 15.12, 16.12, 19.12 zeszłego roku i 25.02 tego. Wczoraj została aresztowana w białoruskim Mińsku.
Była w pierwszej grupie osób, które odbiły się od zmiany zasad udzielania interimów przez Trybunał w Strasburgu. Nie rozumiałyśmy, co się dzieje, dlatego po pierwszej odmowie próbowała jeszcze i jeszcze raz. Nauczyłyśmy się w praktyce, że od teraz Trybunał będzie uważał, że dla erytrejskiej nastolatki z podejrzeniem wtórnej infekcji zadrutowanej nogi, która doznała w swoim młodym życiu niewyobrażalnej przemocy i ukrywa się na Białorusi od miesięcy, zawrotka do reżimu jest OK.
Jeszcze w styczniu przedstawiciel Trybunału na spotkaniu dla prawników odpowiadał, że nie, nic się w ich sposobie podejmowania decyzji nie zmieniło. Że jest dokładnie tak, jak było. Na wyjaśnienia trzeba było zaczekać do sławetnej wypowiedzi ministra Duszczyka, który 20.05 pochwalił się publicznie, że osobiście wpłynął na najwyższy europejski organ sądowniczy, żeby nie dawał już interimów ludziom proszącym na polskim przejściu granicznym o ochronę przed białoruskim reżimem.
To jest to zdjęcie, które umieściłam w prezentacji, którą pokazałam w kwietniu w Sejmie, opowiadając w szczegółach o systemowym łamaniu prawa na przejściu w Terespolu. Łamaniu nawet obowiązującego wątpliwego rozporządzenia o zawieszeniu prawa do azylu, które niby określa, kto jest z zawieszenia wyłączony. Niby, ponieważ te wyjątki w większości nie działają.
Przyznam, że byłam po tym spotkaniu zła. Jeszcze na koniec pytałam: co zrobimy dalej? Co zrobimy, żeby pomóc tej dziewczynie? Nie było odpowiedzi. Dostałam za to dużo ciepłych słów na temat mojego wystąpienia. Tylko nie po to tam poszłam. Nie interesują mnie ani podziw, ani sława. Interesuje mnie ta dziewczyna…
To typ osoby, która się nie narzuca. Czeka. Pisze rzadko. Rozmawiałyśmy tydzień temu.
Pisała: dzieci w moim wieku się uczą, a ja nawet nie wiem, jak mam przeżyć.
Pisała, że nienawidzi życia. I że jej marzeniem było pomaganie chorym i słabszym, a teraz nie wie, jak się sama uratować.
Ja też nie wiedziałam. I dlatego byłam zła. Że nie mamy dla niej żadnego pomysłu, a wszystkie te, które miałyśmy, zawiodły. Że nie mamy nic dla przerażonej nastolatki z Erytrei, która porusza się o kulach.
Która nie zdążyła, nim drzwi się nieoczekiwanie zamknęły. Której nie pomogłyśmy wcześniej. Bo gdyby pojechała na przejście chociaż tydzień wcześniej, już dawno byłaby bezpieczna.
Ale 15.12 już było za późno, bo polski minister, polski rząd, Europejski Trybunał Praw Człowieka już wtedy nie mieli litości dla takich dziewczyn jak ona. I nikt nie patrzył na akt urodzenia – bo to niestety jedna z tych nastolatek, które mają dorosłą datę w paszporcie, żeby podróżować samodzielnie. A w wypadku Erytrejczyków – żeby podróżować w ogóle. Tam dzieciom powyżej 5. roku życia nie wolno mieć paszportu.
Wczoraj był nalot. O tym, że została aresztowana, dowiedziałam się w nocy od jednego z jej przyjaciół. Najprawdopodobniej razem z nią aresztowana jest inna młodziutka dziewczyna. I matka z czwórką dzieci, z których najmłodsze ma 8 lat. Z nimi też rozmawiam od dawna. I są to rozmowy rozdzierające serce, chociaż są spokojni, uprzejmi, nienachalni. A może właśnie dlatego.
Właśnie dlatego, że jedyne, co mogę powiedzieć samotnej matce z czwórką dzieci, która uciekła z kraju wojny, i nastolatce z najgorszego afrykańskiego reżimu, to to, że wiem, w jakim są zagrożeniu. Że wiem, że mogą być aresztowani i deportowani przez Białoruś, bo tam nikogo nie wzruszy fakt, że jesteś z Erytrei czy Mali. Że tak bardzo chciałabym móc im pomóc. Ale to niemożliwe, bo Polska ich nie wpuści.
Teraz nie mogę napisać nawet tego, bo to, czego tak się bali, już się stało. Wiadomości wiszą nieodczytane. Teraz jedyne, co można, to czekać. Albo starać się wywróżyć, w którym są areszcie – mimo że ta wiedza do niczego nie doprowadzi, jest bezużyteczna, a my nie mamy żadnego wpływu na to, co się z nimi stanie.
Więc trzeba czekać. I liczyć, że może za jakiś czas się odezwą, wyrzuceni pod rosyjską granicę. I wtedy będziemy się cieszyć, że to „tylko” deportacja do Rosji, a nie areszt deportacyjny do krajów, z których uciekli.
Takie mam marzenie. Marzenie na miarę sytuacji. Żeby dzieci zostały „jedynie” wyrzucone do lasu, „jedynie” po więzieniu. Wtedy będą mogły wrócić do ukrywania się i czekania na cud.
Autorka artykułu, Małgorzata Rycharska, jest ratowniczką humanitarną Hope and Humanity Poland.

