Subskrybuj

W lesie nie ma człowieczeństwa. Jest przemoc, gwałty i śmierć

8 minutes
1524

🟥 23-letnia dziewczyna z pustoszonego przez wojnę Tigraju szuka brata, który zaginął wepchnięty przez Białorusinów do granicznej rzeki. I opowiada, jakich okropności doświadczają ci, którzy proszą Polskę o azyl, a są wyrzucani do Białorusi.

23-latka studiowała chemię, mówi po angielsku. Uciekła z ojczyzny razem z 26-letnim bratem. Spędziła na Białorusi cztery miesiące, z czego ostatnie 20 dni – w lesie przy granicy. Pogubili się z bratem, więc starała się trzymać „dziewczyńskiej grupy”, żeby uchronić się przed przemocą, ale nie udało się.

Do Piotra Czabana zadzwoniła we wtorek, 2 kwietnia, tydzień po wejściu w życie przepisów zawieszających prawo do azylu. Znalazła kontakt do niego przez stronę internetową. Piotr nie tylko prowadzi na YouTube kanał oraz redakcję „Czaban robi raban”, ale też organizuje poszukiwania zaginionych i pogrzeby zmarłych ofiar kryzysu humanitarnego, a także jest w kontakcie z ich bliskimi. Chciała pomocy przy poszukiwaniach brata. W trakcie rozmowy otworzyła się i opowiedziała także o swojej osobistej tragedii.

Nie potrafił pływać

Jej brat, 26-letni Etiopczyk, był w 12-osobowej grupie, którą w niedzielę, 30 marca, białoruscy funkcjonariusze wepchnęli do „dużej rzeki” – jak relacjonują uchodźcy. Grupa szła z Brześcia, więc można przypuszczać, że chodzi o rzekę Bug. Przekraczali ją około godz. 17, prawdopodobnie nie dostali pontonu. Etiopczyk nie potrafił dobrze pływać.

Polscy strażnicy graniczni wyłapali siedem osób z grupy i zawrócili do Białorusi. Co stało się z piątką? Nie ma o nich wieści. Jeden z mężczyzn – tych wyłowionych i pushbackowanych – powiedział siostrze zaginionego, że widział jej brata w wodzie. Był ostatnią osobą, która go widziała.

To już kolejna tragedia w tej granicznej rzece. Cyklicznie migranci alarmują o zaginionych podczas niebezpiecznej przeprawy, a służby wyławiają ciała topielców. Ostatnio, 18 marca, o ratowaniu wyziębionych ludzi, którym udało się przepłynąć Bug, pisała Beata Siemaszko, zaangażowana w pomoc humanitarną od początku kryzysu:

„Strażnik bierze do rąk wnioski o ochronę, pojedynczo od każdej osoby, jeden po drugim, czyta, a potem oddaje. Następuje długi proces przeszukiwania, skuwania trytytkami i oczekiwania. Jest noc, temperatura poniżej zera, odczuwalna około -10°C, silny wiatr, pada śnieg. Ludzie, którzy przepłynęli rzekę, są wyziębieni, wyczerpani, drżą z zimna. Mija godzina, potem druga, a potem kolejna.

Zgłoszenie było jak wiele innych – ratujcie nas. Przepłynęliśmy rzekę, potrzebujemy azylu. Umieramy z zimna. Prosimy o pomoc. Znajdujemy ich przerażonych, nieludzko zmarzniętych. Proszą o pomoc w uzyskaniu ochrony w Polsce. W ich kraju nie są bezpieczni, w Białorusi również nie.

Próbujemy odizolować ich od podmokłego podłoża foliami, by choć trochę zmniejszyć uczucie wilgotnego chłodu. Pochylam się nad jednym z mężczyzn, który skarży się na silny ból pleców. Staram się ustalić przyczynę, ale wtedy chłopak zupełnie się załamuje. Sądziłam, że to reakcja na gest życzliwości, jednak za chwilę poznam prawdziwy powód.

Spędzili kilka tygodni w białoruskim, przygranicznym lesie, zaprzyjaźnili się. Dramatyczne sytuacje potrafią zbliżyć ludzi. Białorusini zmusili ich do wejścia do Bugu. Mimo niższego niż zwykle stanu wody, rzeka jest głęboka. Dwóch z nich nie umiało pływać.

– Oni utonęli – szlocha chłopak. – Widziałem to. Nie mogłem im pomóc. Było tak potwornie zimno, ledwie sami dotarliśmy do brzegu.


„Robił wszystko, co chciał”

Siostra zaginionego w niedzielę Etiopczyka w rozmowie z Piotrem Czabanem przyznała, że sama także dotarła do Polski, spędziła w niej nawet cały dzień. Strażnicy graniczni opatrzyli jej zranioną, krwawiącą nogę, zabrali do placówki i pozwolili odpocząć. Dali ubrania, wodę i lekarstwa. Dali też nadzieję, bo chcieli informacji, oglądali paszporty.

Pytali: dokąd chcecie iść? Do Niemiec? Francji? Odpowiedziałam, że nigdzie nie chcę iść, chcę tylko ochrony, ale nie słuchali – mówiła uchodźczyni z Tigraju.

Nie dostała do podpisania żadnych dokumentów i wywieziono ją z powrotem na granicę, wypchnięto do Białorusi.

W rozmowie przyznała, że w jej grupie były dziewczyny z ogromnymi problemami zdrowotnymi, także psychicznymi, po traumie gwałtów. Ona także. Mówiła o mężczyźnie, Arabie, który proponował jej, że pomoże jej przekroczyć granicę, pod warunkiem:

„Musisz pójść ze mną”.

Odmówiła, bała się go, nie znała.

Więc zrobił tę rzecz. Robił wszystko, co chciał – mówiła uchodźczyni.

Potem, z powodu krwawienia, spędziła w białoruskim szpitalu trzy dni, ale nie przyznała się, co się stało.

Uciekłam z kraju, bo chciałam ratować swoje życie. Ale tutaj jest tak ciężko, nikt nas nie rozumie i nie chce pomóc. W lesie wszyscy chorują, tu nie ma człowieczeństwa. Nie możemy tu zostać, nie mamy już żadnej nadziei – powiedziała Piotrowi.

Ustawa podpisana, rozporządzenie wchodzi w życie

Nielegalne w świetle prawa międzynarodowego i niehumanitarne pushbacki są na granicy polsko-białoruskiej stosowane od początku kryzysu humanitarnego, od lata 2021 roku. Ale teraz zostały prawnie usankcjonowane.

Projekt ustawy o zawieszeniu prawa azylowego na każdym etapie prac legislacyjnych budził ogromne kontrowersje, ponieważ przepisy te łamią prawo i godzą w podstawy współczesnej cywilizacji. Ustawa jest niezgodna z polską Konstytucją, prawem unijnym i międzynarodowym. Zagraża bezpieczeństwu osób w